Czuję się jak po bitwie, wygranej bitwie. Tak jak wspominałam post wcześniej, marzyły mi się transfery, ale nijak nie wiedziałam jak się do tego zabrać. Pierwsze koty za płoty za mną, czyli udany transfer na drewnie. Pudełko poszło w ruch, pomalowane na biało, przecierane w stylu shabby chic. Dumna jak paw jestem :)
Teraz zakładki do książek maluję, pomaluję chyba wszystko co mam dostępne w pracowni i przyozdobię, bo pokochałam te transfery miłością ogromną. Wszystko udało się dzięki koleżance Izie, która poratowała mnie drukarką laserową, a której nie mogłam znaleźć w najbliższych punktach w okolicy...To była kropka nad "i".
Następnym krokiem będą transfery na tkaninie, ale to jeszcze chwilkę...
Na dokładkę prezentuję misia, jakich już kilka wyszło spod moich rąk. Tym razem miś powędrował....no właśnie nie wiadomo jeszcze do kogo, bo nie wiadomo czy ktoś jest chłopczykiem czy dziewczynką bo jeszcze jest pod serduszkiem swojej mamy.







